
Zobacz CV prof. Ryszarda Koziołka - kandydata na Rektora UŚ
Sylwetka kandydata na rektora UŚ
Program wyborczy prof. Ryszarda Koziołka - kandydata na rektora UŚ w kadencji 2024-2028
Pierwsze dwadzieścia lat życia przeżyłem na Śląsku Cieszyńskim, we wsi Jasienica, u podnóża Beskidu Śląskiego. Pejzaż codzienny wpłynął z pewnością na moją fascynację górami – narciarstwem i wędrówkami tatrzańskimi. Podobnie jak ukształtował mnie praktyczny świat życia i pracy wielopokoleniowej rodziny, w której mieszały się wielorakie losy życiowe i historyczne jej członków, znamienne dla zróżnicowanego kulturowo i religijnie regionu. Dziś widzę, że jedną z najważniejszych wartości tamtego życia było niesprzeczne sąsiedztwo pracy fizycznej i czytania książek, ciągłego przebywania wśród ludzi w różnym wieku, o różnym poziomie wykształcenia i odmienym wyznaniu. No i niebagatelna korzyść, jaką przynosi życie w towarzystwie zwierząt – gospodarskich i domowych. Nigdy już chyba później nie zaznałem bardziej wymagającej lekcji socjalizacji, niż w tamtym okresie, zmuszony do uważnego poruszania się i życia pośród członków tej nader niejednorodnej wspólnoty.
Dziś widzę, że jedną z najważniejszych wartości tamtego życia było niesprzeczne sąsiedztwo pracy fizycznej i czytania książek, ciągłego przebywania wśród ludzi w różnym wieku, o różnym poziomie wykształcenia i odmiennym wyznaniu. No i niebagatelna korzyść, jaką przynosi życie w towarzystwie zwierząt – gospodarskich i domowych. Nigdy już chyba później nie zaznałem bardziej wymagającej lekcji socjalizacji, niż w tamtym okresie, zmuszony do uważnego poruszania się i życia pośród członków tej nader niejednorodnej wspólnoty.
Decyzja o wyborze szkoły średniej była oczywista dla chłopca nieźle obeznanego z pracą fizyczną i narzędziami, dorastającego w środowisku, gdzie szczególnie ceniło się umiejętności praktyczne. I tak ukończyłem Technikum Mechaniczno-Elektryczne w Bielsku-Białej na specjalności budowa maszyn. Mimo rosnącego zainteresowania humanistyką, moje wyniki z przedmiotów ścisłych były na tyle zadowalające, że równie poważnie myślałem o studiach politechnicznych, co humanistycznych. Kto wie, czy przełomem nie była dezaprobata mojej polonistki, która usłyszawszy, że rozważam też filologię, stwierdziła drwiąco: „– Ty, Koziołek, na uniwersytet, chyba żartujesz?”. Raczej nie przekorny upór stał za wyborem polonistyki na Uniwersytecie Śląskim, ale całkiem bym tego czynnika nie lekceważył.
Studia polonistyczne rozpocząłem w 1986 r. i miałem szczęście trafić w znakomite środowisko uczonych, z których kilku stało się moimi nauczycielami i mistrzami, a niektórzy – co jest dla mnie zaszczytem – przyjaciółmi. Symbolem tamtej filologii jest oczywiście Profesor Ireneusz Opacki. Na mój rozwój naukowy – już bezpośrednio – największy wpływ mieli profesorowie: Stefan Szymutko, Tadeusz Sławek i Krzysztof Kłosiński. Całkowicie odmienni, są dla mnie niezmiennie przykładami wcieleń moich dawnych i obecnych wyobrażeń o humaniście akademickim. Przede wszystkim ten pierwszy, nieżyjący już Profesor Stefan Szymutko, mistrz i przyjaciel, którego byłem pierwszym magistrem, a później ściśle współpracowałem z nim przy pracy nad rozprawą doktorską, której promotorem był prof. Krzysztof Kłosiński.Przedwcześnie zmarłemu Stefanowi zawdzięczam bezcenne lekcje rzetelności badawczej, odwagi podążania własną drogą i podejmowania trudnych wyzwań. A także, rodzaj zobowiązania, aby nieustannie szukać sposobów powiązania specjalistycznej problematyki naukowej z życiem codziennym, także z własnym życiem badacza.
Samodzielność badawcza, uznanie ekspertów naukowych, nagrody za twórczość eseistyczną poszerzyły znacząco możliwości oddziaływania za pomocą humanistyki na sferę publiczną. Widzę w tym wyraz uznania dla siebie jako badacza i nauczyciela akademickiego, ale w równym stopniu dla Uniwersytetu, którego jestem częścią. W ostatnich latach jest to mój główny przedmiot dociekań oraz działań – analiza i wykorzystywanie humanistyki akademickiej w przestrzeni publicznej.
Od początku swojej drogi akademickiej traktowałem trzy sfery działań humanisty uniwersyteckiego jako będące ze sobą w ścisłym powiązaniu. Mam na myśli prowadzenie badań, kształcenie studentów i doktorantów oraz obecność naukowo-dydaktyczną w przestrzeni publicznej. Nauczania nie ograniczają mury uniwersytetu. Przekonałem się o tym, mówiąc o literaturze i kulturze przez dziesiątki lat, w rozmaitych miejscach, do dzieci, młodzieży i dorosłych. Była to najlepsza szkoła dydaktyki, jaką kiedykolwiek mógłbym mieć. Muszę wyznać, że wciąż bardzo lubię uczyć, a szukanie porozumienia poprzez wiedzę z wciąż nowymi pokoleniami młodych ludzi jest może najbardziej fascynującym składnikiem tego zawodu. Prócz badania literatury jestem także entuzjastycznym dyletantem-melomanem, a prowadzone od lat zajęcia z literatury powszechnej w katowickiej Akademii Muzycznej dają mi możliwość przebywania bliżej drugiej z podziwianych sztuk.
Całe moje dotychczasowe życie naukowe i dydaktyczne, przerywane okresowymi pobytami naukowymi i dydaktycznymi na innych uczelniach, związane jest z Uniwersytetem Śląskim. Ta uczelnia mnie wykształciła i pozwoliła na nieskrępowany rozwój naukowy. Od zawsze funkcjonowałem wśród ludzi, którzy nade wszystko cenili wolność badań i myślenia. Otaczali mnie wybitni uczeni o silnych osobowościach, gotowi do niegasnącego sporu naukowego. Oni ukształtowali we mnie ideę uniwersytetu jako instytucji i środowiska sprzyjającej niezależnej, oryginalnej myśli i takim osobowościom. Z takiego myślenia o Uniwersytecie zrodziło się bliskie mi Kolegium Indywidualnych Studiów Międzyobszarowych. Stworzone jako MISH przez Profesor Olgę Wolińską, udało mi się rozwinąć dzięki pomocy moich byłych i obecnych współpracowników (prof. Grażyny Chełkowskiej, prof. Tomasza Nawrockiego, prof. Edyty Sierki, Emilii Mielaniuk, dr Ryszarda Knapka, Anny Dudy) w unikalną w kraju jednostkę eksperymentalnego kształcenia, która pokazuje, że można łączyć specjalistyczną edukację kierunkową z maksymalnym otwarciem na bogactwo oferty dydaktycznej całego uniwersytetu.
Jako prorektor ds. kształcenia i studentów czerpałem i czerpię z dorobku Kolegium inspiracje oraz rozwiązania dla wielu koncepcji, jak: model Szkoły Doktorskiej czy modyfikacja kształcenia na studiach magisterskich. Kierowanie Kolegium oraz funkcja prorektora ds. kształcenia i studentów sprawiły, że ku własnemu zaskoczeniu, stałem się wielkim orędownikiem mądrych, silnych instytucji, których zadaniem jest tworzenie przyjaznego miejsca i godnych warunków pracy i życia dla uczonych i studentów. A także zapewnianie trwałości ich dokonaniom oraz ciągłości koncepcjom i projektom, których nie zdążyli zrealizować.
W 2020 r. zostałem wybrany na stanowisko rektora Uniwersytetu Śląskiego. Od tej chwili trwa największa i najpoważniejsza przygoda mojego zawodowego życia. Pierwsze dwa lata kadencji zbiegły się z wydarzeniami trudnymi i szokującymi. Weszła w życie nowa ustawa Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce, dokonaliśmy poważnej reformy naszej uczelni, a kiedy wróciliśmy do pracy po okresie izolacji epidemicznej, rozpoczęła się trwająca wojna Rosji z Ukrainą. Te wydarzenia odcisnęły się na uniwersytecie, ale pokazały nam nowe powinności i możliwości. Towarzyszą mi duma z naszego uniwersytetu i podziw dla całej jego społeczności, kiedy przypominam sobie, jak szybko przenieśliśmy kształcenie do sieci, ratując ciągłość kształcenia naszych studentów, a także zadbaliśmy o systematyczną komunikację z pracownikami redagując cotygodniowy newsletter; jak daliśmy schronienie i pomoc obywatelom Ukrainy, którzy zamieszkali w naszych akademikach. A kiedy nadzór na uniwersytetem pełnił rząd o skłonnościach autorytarnych, jawnie nietolerancyjny wobec wielu wolności demokratycznych, wówczas – mimo nacisków władzy, przesłuchań studentów prowadzonych przez prokuraturę - uniwersytet zachował niezależność.
Osobnym wyzwaniem było dostosowanie strategii rozwoju Uniwersytetu nowej rzeczywistości środowiska akademickiego w Polsce.
Kiedy pięć lat temu ogłoszono wyniki konkursu Inicjatywa Doskonałości Uczelnia Badawcza, zajęte przez UŚ miejsce (trzynaste) postawiło przed nami, a przede wszystkim przede mną jako rektorem, jasne wyzwanie. W jaki sposób wzmocnić pozycję Uniwersytetu Śląskiego, nie czekając na kolejną edycję konkursu, w sytuacji, kiedy 10 uczelni badawczych (w tym bliska nam Politechnika Śląska) przez 5 lat będzie dysponować zwiększonymi środkami finansowymi na rozwój badań, kształcenia i infrastruktury? Gdzie znajduje się wolne pole gry, której reguły choć w części może określać Uniwersytet Śląski, a nie tylko dostosowywać się do istniejących?
Odpowiedź przyszła szybko. To nasz region, czyli województwo śląskie oraz europejska przestrzeń akademicka powinny być terytorium naszej inwencji w budowaniu wpływu uniwersytetu na sferę publiczną za pomocą nauki, sztuki i dydaktyki akademickiej. Stało się to możliwe, ponieważ znaleźliśmy wspólnie nowe sposoby komunikowania o naszej pracy naukowej, a także skutecznie opowiedzieliśmy o kluczowej roli, jaką nauka, sztuka i edukacja odgrywają w transformacji regionu. Strategia twórczego zaangażowania uniwersytetu w industrialne i poindustrialne wyzwania regionu dała nam mocny głos, słuchany z uznaniem zarówno w instytucjach samorządowych regionu, jak i w gronie dziesięciu uczelni europejskich tworzących sojusz Transform4Europe. Uzyskanie dla Katowic tytułu EMN, pozycja lidera Konsorcjum oraz przewodniczenie sojuszowi T4EU w roku 2024, to potwierdzenie naszych wysiłków i zaangażowania. Za szacunkiem i zaufaniem dla Uniwersytetu stoi także mocny autorytet demokratycznej instytucji publicznej, która utrzymała autonomię i niezależność wobec władzy przez ostatnie osiem lat. Dzięki nam wszystkim Uniwersytet Śląski, to stabilne miejsce pracy i studiowania, ostoja wolności akademickich i ładu demokratycznego, przestrzeń równości wszystkich członkiń i członków wspólnoty, którzy dysponują wieloma możliwościami rozwoju indywidualnego, mogą wspierać innych oraz mieć wieloraki, pozytywny wpływ społeczny jako ludzie uniwersytetu.
Być może część z Państwa zastanawia się chwilami czy intensywna obecność Uniwersytetu Śląskiego w przestrzeni publicznej nie dzieje się kosztem naszej podstawowej misji akademickiej oraz zadań i potrzeb pracowników, doktorantów i studentów. Pytanie jest uzasadnione, gdyż branie przez Uniwersytet Śląski współodpowiedzialności za świat poza jego murami powinno służyć także samej uczelni; jej rozwojowi, lepszym warunkom dla pracy naukowej i artystycznej oraz dla studiowania, rozpoczynania i prowadzenia kariery naukowej.
Obserwuję uważnie ten proces zwrotu, jaki otrzymuje Uniwersytet Śląski od osób i instytucji w zamian za nasze zaangażowanie w sprawy otoczenia społecznego. Jestem przekonany, że nie dotyczy to wyłącznie uniwersytetu jako instytucji. Wszystko, co dobrego robimy w uniwersytecie i poza uniwersytetem wzbogaca całą jego społeczność i wzmacnia każdego z nas, przyczyniając się do powiększania potencjału naszej uczelni, począwszy od dodatkowych środków na badania, na dydaktykę, na budynki, aparaturę badawczą i wyposażenie dydaktyczne, przez większe zainteresowanie kandydatów na studia, po członkostwo naszych uczonych w licznych gremiach, nie tylko akademickich. Potwierdzeniem uznania dla Uniwersytetu Śląskiego oraz osoby jego rektora są powierzane mi ważne funkcje. Jestem wiceprzewodniczącym Konferencji Rektorów Uniwersytetów Polskich. W bieżącym roku pełnię funkcję prezydenta uniwersytetu europejskiego w ramach sojuszu Transform4Europe. Jestem przewodniczącym Konsorcjum Akademickiego – Katowice Miasto Nauki, w którego skład wchodzi siedem katowickich uczelni publicznych.
Z rosnącej obecności i widzialności Uniwersytetu Śląskiego w przestrzeni publicznej płyną wymierne i bezprecedensowe korzyści dla naszej uczelni, z których wymienię tylko trzy, najbardziej spektakularne:
Stworzyliśmy model i praktykę współpracy uczelni publicznych unikalne w skali Polski, które pozwalają każdej z nich zachować swoją oryginalność i niezależność, a zarazem współpracować i występować razem tam, gdzie to przynosi korzyści każdej z nich. Symbolicznym aktem dobrej woli tej współpracy jest, druga już, międzyuczelniana inauguracja roku akademickiego;
Prawie trzy dekady bezskutecznych starań o środki na budowę nowej infrastruktury naukowej i dydaktycznej dla nauk chemicznych i biologicznych znalazły wreszcie szczęśliwy finał. Dzięki naszym staraniom zarząd województwa śląskiego, zgodnie z uchwałą sejmiku, uznał te inwestycje za swoje priorytety i złożył skutecznie wniosek o ich finansowanie ze środków europejskich. Łączna ich kwota dla Uniwersytetu Śląskiego, to 450 mln zł.;
Opracowaliśmy założenia do Programu naukowego dla Śląska, który pozwoli uruchomić nowy model finansowania badań naukowych w obszarach kluczowych dla rozwoju regionu, w oparciu o środki budżetowe, samorządowe i prywatne. Będą one przyznawane naukowcom corocznie w drodze otwartych konkursów.
Rok Europejskiego Miasta Nauki Katowice 2024, to niewątpliwie swoista kumulacja obecności Uniwersytetu Śląskiego w jego bliższym i dalszym otoczeniu, a pożytki z pracy, jaką wykonaliśmy wspólnie dla powodzenia tego przedsięwzięcia będą odczuwalne przez kolejne generacje pracowników, studentów i doktorantów naszego uniwersytetu.
Przyglądając się swoim działaniom i dokonaniom, określiłbym się mianem idealisty pragmatycznego, przez co rozumiem szczególny pociąg do idei, które są możliwe do zrealizowania. I posiadam chyba cechę, która jest do tego niezbędna, czyli zdolność skłaniania ludzi do współpracy i zaufania. Dzięki temu pomysły na pozór nierealistyczne okazują się racjonalne i możliwe do spełnienia. Świeżym przykładem jest Śląski Festiwal Nauki, który w ciągu czterech lat stał się wielkim wydarzeniem popularnonaukowym, gromadzącym dziesiątki tysięcy uczestników, skupiającym setki naukowców z siedmiu uczelni wyższych województwa śląskiego. Nasz jest pomysł i nasi ludzie z UŚ kierują tym wspaniałym świętem śląskiej nauki.
Przyglądając się swoim działaniom i dokonaniom, określiłbym się mianem idealisty pragmatycznego, przez co rozumiem szczególny pociąg do idei, które są możliwe do zrealizowania. I posiadam chyba cechę, która jest do tego niezbędna, czyli zdolność skłaniania ludzi do współpracy i zaufania. Dzięki temu pomysły na pozór nierealistyczne okazują się racjonalne i możliwe do spełnienia.
Wyjątkowość Śląska odciska się pozytywnie na naszej Uczelni. Cieszy mnie fakt, że Uniwersytet Śląski rozpostarł swoje kampusy w czterech miastach województwa śląskiego (Cieszyn, Chorzów, Katowice, Sosnowiec), czerpiąc z ich potencjału i energii. I oddając wiele w zamian – mam nadzieję. Od czasu studiów jestem katowiczaninem. To miasto jest mi bardzo bliskie. Mieszkam w nim z żoną Krystyną (literaturoznawczynią, profesor Uniwersytetu Śląskiego) i synami: Szymonem i Michałem.
Wycyrklowane dni sóm, że nie lza się cióntać
– Czas jak szwindlyrz nas łorżnie, nie ciućko się z nami. (Katarzyna Szkaradnik, Milka ze Trześni)
Takimi słowami i zdaniami mojego pierwszego języka mogły mówić opiekujące się mną babki: Hela i Milka. Albo dziadek Władek. Mogli, ale na pewno nie mówili. W domu się „rządziło” (w Cieszyńskim) lub „godało” (na Górnym Śląsku), ale nie była to gwara czy język o spójnym słowniku i gramatyce. Mowa dziadków była już zmącona – przez Kościół, w którym mówiło się polszczyzną Reja i Biblii Gdańskiej; przez kilka klas szkoły powszechnej; językiem radia i gazet. Władek w fabryce mógł jeszcze mówić z majstrem po niemiecku lub czesku. Mama i tata mówili już inaczej, językiem mocniej ukształtowanym przez polszczyznę szkoły, pracy i mediów. Niemniej mowa domowa mówiła do mnie językiem niejednorodnym, zmąconym wiekiem i wykształceniem domowników; światami, w których przebywali poza domem.
„Śląskość” była bliskim doświadczeniem, ale odległym słowem. Za to „polskość” przyszła do mnie niemal wyłącznie za sprawą języka. Najpierw poprzez czytaną mi głośno przez mamę i babcię literaturę, a później dzięki samodzielnej lekturze książek, prasy i oglądaniu telewizji. W polszczyźnie zostałem opowiedziany i wyjaśniony jako członek tysiącletniej wspólnoty narodowej, której dzieje, święte miejsca, wielcy ludzie i wielkie księgi należały teraz do mnie. Przede wszystkim polszczyzna w niewyobrażalny wcześniej sposób poszerzyła granice domowej mowy. Nic dziwnego, że tym językiem chciałem mówić, a później badaniu jego najwspanialszych wytworów poświęciłem swoje zawodowe życie filologa.
„Śląskość” była bliskim doświadczeniem, ale odległym słowem. Za to „polskość” przyszła do mnie niemal wyłącznie za sprawą języka. Najpierw poprzez czytaną mi głośno przez mamę i babcię literaturę, a później dzięki samodzielnej lekturze książek, prasy i oglądaniu telewizji. W polszczyźnie zostałem opowiedziany i wyjaśniony jako członek tysiącletniej wspólnoty narodowej, której dzieje, święte miejsca, wielcy ludzie i wielkie księgi należały teraz do mnie.
Dla śląskiego nastolatka polskość miała jeszcze inną wartość. Życie na wsi nauczyło mnie, że nic tak łatwo nie przychodzi człowiekowi żyjącemu w małej wspólnocie jak separacja od innych społeczności, zamieszkiwanych przez „obcych”. Ci z Jaworza, Rudzicy, Wapienicy, Grodźca nie byli „nasi”, a wiejskie legendy mówiły, że żywią wobec nas złe intencje. Podobno niektórzy mieli nawet czarne podniebienia. Polskość była obietnicą gościnnej uniwersalności, wyzwolenia się od szajby podziału na tych „stela” (stąd) i „nie stela”, od stygmatu gwary, braku ciągłości historycznej i państwowej. I schronienia się w „czymś większym”, co ostatecznie ujednolici moją zmąconą tożsamość. Przystępowało się tam po wyzbyciu się złego akcentu oraz dzięki znajomości polskiego języka symbolicznego uczonego w szkole na polskim, historii i lekcjach wychowawczych; i w telewizji.
W apogeum miłosnego zauroczenia, czyli na studiach polonistycznych, pojawiła się bolesna świadomość, że wyparcie się języka domowego i przejście do polszczyzny było rodzajem zdrady. Silna odrębność kulturowa i historyczna Górnego Śląska, odczuwana i pojmowana dzięki wejściu w rodzinę żony, dała mi szansę zrozumienia, jak bardzo powszechna edukacja humanistyczna wyobcowała mnie z własnego doświadczenia kulturowego. Wiedza o Polsce, którą przekazywano w szkole podstawowej, była mieszaniną bajek i mitów. Indoktrynacji tej do dziś nie sposób się pozbyć. Znałem na pamięć dopływy Wisły i Odry, ale nie uczono mnie niczego o Jasieniczance, Bajerce czy Brynicy. Bliższe mi były dąb Sobieskiego, sosna Żeromskiego, limba Kasprowicza czy wierzba Chopina niż buk albo smrek rosnące w beskidzkich lasach. Polski świat, jaki wyłaniał się ze szkolnej edukacji, nie miał nic wspólnego z naturalnym i społecznym światem, w którym żyłem. W kanonie polskiej literatury nie odnajdywałem śląskiego doświadczenia zbiorowego – pejzażu, lokalnej historii, obyczaju, chłopskiego luteranizmu, gwary, mitów i legend. Literackie scenariusze polskości były do „odegrania” w mowie, geście, stroju i scenografii Pana Tadeusza lub Potopu, ale nie Czarnej Julki czy Cholonka.
Na Górnym Śląsku dobra robota zjawiła mi się jako składnik ogólnej porządności. Bycie „porządnym” nie oznaczało wyższości moralnej ani tępej pedanterii, ale wyznawany tu imperatyw ładu. Jest to rodzaj metafizycznej wręcz niechęci do bylejakości.
Po wielu latach życia na Górnym Śląsku jestem spokojniejszy. Wiem, że można być duchowym obywatelem niejednej ojczyzny. Dotarło też do mnie, że Śląska nie trzeba już tak rozpaczliwie bronić, ponieważ przestał być już dziedziczonym losem, a w miejsce straty przeszłości przyjść może inne dobro. Mam na myśli Śląsk jako formę życia, którą podziwiam i po części praktykuję. Zwłaszcza ujmuje mnie śląska niechęć do bajzlu – materialnego i myślowego.
Na Górnym Śląsku dobra robota zjawiła mi się jako składnik ogólnej porządności. Bycie „porządnym” nie oznaczało wyższości moralnej ani tępej pedanterii, ale wyznawany tu imperatyw ładu. Jest to rodzaj metafizycznej wręcz niechęci do bylejakości. Porządność nadaje zwykłej codzienności rangę zmagań z wszechogarniającym chaosem i entropią, które sprawiają, że byt się psuje, brudzi, choruje, łamie zasady, spóźnia się…
Życie codzienne traktowane jako forma oporu przed kosmicznym bałaganem nabiera egzystencjalnej powagi.
Spośród swoich cech, które uważam za przydatne w pełnieniu funkcji rektora, wymieniłbym: pomysłowość, pracowitość, niewyczerpaną wolę rozmowy oraz upór w realizowaniu idei i projektów służących rozwojowi Uniwersytetu Śląskiego. Wierzę w ponadczasową wartość uniwersytetu – wspólnoty uczonych, pracowniczek i pracowników, studentek i studentów, doktorantów i doktorantek, którzy pracują wspólnie dla większego dobra, jakim jest wiedza prawdziwa. Rolę rektora pojmuję jako nieustanną troskę, aby każda i każdy, którzy stali się częścią Uniwersytetu znaleźli w nim najlepsze warunki do pracy, studiowania oraz dla pokojowego i przyjaznego bycia razem.
Tak w skrócie myślę. O bliskich mi ludziach, miejscach; o Uniwersytecie i o świecie.
I jeszcze na koniec - to dzięki Uniwersytetowi na powrót odkryłem przyjemność jazdy rowerem do pracy. Kiedy tylko to możliwe, staram się zostawiać samochód pod domem i korzystać ze starego, pięknego Waganta.
